Nie Usiedzę w Miejscu!

Nie Usiedzę w Miejscu!
..pokaż dziecku świat!

sobota, 26 maja 2018

Beskid Śląski w dwa weekendy

Jakoś tak się składa w tym roku, że z pisaniem nie po drodze, jakoś dziwnie doba nie chce mieć więcej niż 24 h..nie oznacza to że u nas się nic nie dzieje;)

W maju dwa weekendy były pod znakiem Beskidu Śląskiego, co w sumie wyszło spontanicznie, gdyż poszukiwania fajnego miejsca na wyjazd z grupą znajomych zakończyły się sukcesem po przeczytaniu wpisu na znajomym blogu Drużynamarcina.
Postanowiliśmy się wybrać do Bacówki na Małym Stożku w Wiśle - miejsce jak się okazało idealne żeby totalnie się zrelaksować i odpocząć od cywilizacji.


Zaletą (jedną z wielu) jest możliwość podjazdu autem, co w tym wypadku było naprawdę cenne, gdyż mieliśmy ze sobą jednego górskiego nowicjusza w wieku 3 miesięcy;)





Bacówka na Małym Stożku jest przepięknie położona, prawie na samym szczycie Małego Stożka skąd jest super blisko do żółtego szlaku.
Bacówka ma wszystko co potrzeba: noclegowych miejsc jest 16, duża kuchnia z piecem do palenia i miejsce biesiadne, obszerna weranda do relaksu oraz skromna łazienka w piwniczce i WC na zewnątrz. Woda prosto ze studni do mycia. Jest prąd :) Brzmi ascetycznie? Przeciwnie jest mega przytulnie i super klimatycznie!
Do tego właściciel Zbyszek bardzo gościnny!



Zaczęliśmy od piątkowego wieczoru,padało siąpiło ale mieliśmy nadzieję na rozpogodzenia.Słabą pogodę wykorzystaliśmy na dojazd do Wisły i Bacówki. Podjazd z centrum Wisły stromy ale do przejechania osobówką - 4 km w sumie, 2 km asfalt, 1 km płyty i 1 km szuter. Rozłożyliśmy się wieczorem, napaliliśmy w piecu i od razu było jak należy.

W sobotę oczekiwaliśmy spóźnionych przybyszów i nim się zjawili i nim leniwie zebraliśmy się do wyjścia zdążyło się wypadać i wypogodzić.

Nasz plan na sobotę był krótką wycieczką do Schroniska na Soszowie i powrót oraz w drodze powrotnej obiad w Gospodarstwie Cieślarówka.













Idealna pogoda i odległość na rozruszanie się, spacer, trasa bez przewyższeń na lekko, dzieciaki było zachwycone. Na tyle że miały jeszcze dużo energii na bieganie wokół Bacówki i siedzenie długo do wieczora przy ognisku.



W niedzielę przed odlotem w doliny, wybraliśmy się jeszcze na krótką wyprawę do Schroniska na Wielkim Stożku. Konkretne podejście ale krótkie, stąd szybciutko byliśmy na szczycie:)









Po zejściu, i ogarnięciu Bacówki nadszedł czas pożegnania.
My tymczasem chcieliśmy skorzystać z wolnego poniedziałku i jeszcze coś zawojować skoro już tu jesteśmy i pogoda jest łaskawa.

Wymyśliliśmy Baranią Górę, na której o dziwo jeszcze nigdy nie byliśmy.
Poszukiwaliśmy jakiegoś szybkiego wejścia na Przysłop pod Baranią Górą jeszcze dzisiaj, a ponieważ była niedziela popołudniu, musiało być szybkie. Niestety opcja z zaparkowaniem gdzieś przy czarnym szlaku biegnącym od Czarnej Wisełki, odpadła bo nie chcieliśmy ryzykować mandatu. Dojście od przystanku było dość długie jak na to że Kinga już miała dzisiaj w nogach parę km.
Potem wpadliśmy na myśl podjazdu pod Stecówkę od Istebnej, ale po drodze zrodził się lepszy pomysł - mianowicie podjechaliśmy maksymalnie zielonym szlakiem na trasie pod Chatkę na Pietraszonce, przytuliliśmy wóz w krzakach i ruszyliśmy na Przysłop. Stąd była to niecała godzina drogi i akurat na kolację byliśmy już w schronisku.






Schronisko PTTK na Przysłopie pod Baranią Górą - niestety ma bryłę hotelu PRLowskiego, ale wewnątrz po gruntownym remoncie robi wrażenie:) Dodatkowo wszystko jest fajnie przemyślane, ma udogodnienia dla dzieci, ciekawe menu i ogólnie na plus.:) Można płacić tylko gotówką więc polecamy się na to przygotować;)




 W poniedziałek - pogoda marzenie :) na lekko zostawiając graty w schronisku zdobyliśmy wierzchołek Baraniej Góry 1226 m. Niestety silny wiatr na szczycie nie pozwolił długo napawać się widokami na Beskidy i wywiani zbiegliśmy z powrotem na dół na Przysłop i dalej pod Pietraszonkę.
Piękne 3 dni spędziliśmy w Beskidzie, mieszkając w górach i ciesząc się wspaniałą pogodą i nowymi trasami na koncie naszych małych piechurów.












--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Na szczęście tydzień był krótszy o jeden dzień i już w sobotę pędziliśmy znów w Beskid Śląski - tym  razem na "zakładowa" wyprawę na Szyndzielnię.
Plan był prosty wchodzimy szybko z Bystrej koło Bielska i schodzimy również w to miejsce.
Jednak po zaparkowaniu w dogodnym miejscu przy wyjściu na zielony szlak z Bystrej, "tambylcy" podpowiedzieli,że szlak jest bardzo stromy i niewyodny do wejścia, żebyśmy sobie weszli łagodniejszym niebieskim przez Klimczok.
Zdecydowaliśmy się wziąć tę opcję żeby dzieciakom było łatwiej, tym bardziej że od Klimczoka przejście jest grzbietem i płasko. Do niebieskiego szlaku doszliśmy szutorową szeroką drogą za domami na końcu drogi i skierowaliśmy się pewnie pod górę.

W palącym słońcu weszliśmy na Klimczok lekko zmęczeni, a potem już prosto na Szyndzielnię, na zupę w Schronisku i ognisko obiadowe. Ponieważ zapowiadane burze nie nadchodziły na szczęście, nie był potrzebny zjazd gondolą ze szczytu, tylko mogliśmy zrobić spokojnie pętelkę i żółtym oraz zielonym zejść z powrotem do Bystrej, właśnie w miejsce gdzie zostawiliśmy auta.

Polecamy taką trasę jednodniową, aczkolwiek jest to dobre 8km i czuć w nogach po zejściu ;) Jednak dwa schroniska po drodze i piękne widoki wynagradzają:)